Daniel Dyzma Kozakiewicz Napisz do mnie PiĘkna Polska|Moje boginie

Daniel Dyzma Kozakiewicz

Żyję i kocham

Szanowni Państwo,
poniższy tekst zawiera treści kontrowersyjne. Wszystko jest prawdą, ale zastrzeżoną. Tylko ja mam prawo do jej precyzowania, uzupełniania, a nawet całkowitego jej odwołania. Osobom o sztywnych, niezmiennych poglądach, oczekujących od życia potwierdzenia nabytej wiedzy nie polecam czytania moich tekstów, a tym bardziej oglądania moich obrazów.

Jestem człowiekiem szczęśliwym, o wyjątkowo małej przydatności społecznej. Wynika to z wyraźnego braku potrzeby symbiozy z rzeczywistością. Zależy mi jedynie na szczerej przyjaźni i miłości opartej na nieracjonalnych pobudkach. Tak jak wszyscy potrzebuję towarzystwa w tej fantastycznej podróży na cmentarz.

Urodziłem się w 1970 za sprawą wspaniałych ludzi. Weronika moja matka i nauczycielka ofiarowała mi ponad 240 000 godzin darmowej nauki o sztuce życia i śmierci. Mikołaj, ojciec mój, został świętym za życia - poświęcił swoje istnienie społeczeństwu. Ograniczyło to stanowczo ilość naszych kontaktów. Na szczęście jednak mieliśmy czas na podróże po całej Europie i na zajęcia z godności osobistej.

Do przedszkola matka nie pozwoliła mi chodzić, więc znudzony pokazywałem siusiaka dziewczynom na podwórku, w zamian za cukierki, oklaski i sympatię. W szkole podstawowej nie było już tak łatwo. Nauczycielki były brzydkie, a koleżanki o wiele wyższe. To też, z wielką przyjemnością oddałem się w tym czasie aktorstwu. Zagrałem jedynie w 8 filmach, ale zajęło mi to aż pięć lat, ponieważ samo produkcja serialu “Siedem życzeń”, w której byłem odtwórcą głównej roli, zajęła ponad dwa lata. Reszta to drugoplanowe role i epizody, czyli normalnie tak jak w życiu. Na planie filmowym zostałem całkowicie zdemoralizowany, ale w tym czasie nie chodziłem do Państwowej szkoły, co uchroniło mnie przed indoktrynacją i ociosaniem.

Na próżno próbowałem zostać elektronikiem. Wyrzucono mnie z technikum, jak tylko zorientowali się, że nie umiem matematyki. Na szczęście trafiłem do “prawie żeńskiego” liceum. Dopiero w takich warunkach mogłem poświęcić się nauce. Do szkoły filmowej w Łodzi zdawałem i zdałem dwa razy na reżyserię, ale na szczęście nigdy nie zostałem przyjęty i nie chcę wiedzieć dlaczego. Jestem również niedoszłym psychologiem, ponieważ przez dwa lata nie udało mi się zaliczyć pierwszego semestru. W rezultacie skończyłem dziennikarstwo na Uniwersytecie. Przyznaje, że wyboru takiego dokonałem raczej z lenistwa, niż z przekonania.

Zawodowe życie miałem bardzo chaotyczne. Byłem tzw. “utalentowanym” grafikiem, prawie zdolnym reporterem, bardzo popularnym DJ’em w lokalnym radiu o najmniejszej słuchalności, a także organizatorem imprez promocyjnych. Dwa lata pracy w totalnej międzynarodowej agencji reklamowej zamykają ten trudny okres dojrzewania i kształtowania, lub raczej deformacji osobowości. W połowie 1995 roku powróciłem do fotografii, a w zasadzie do jej niszczenia.

Spotykamy się tu, gdzie chwalę się moimi pracami, często zwanymi "dziełami", które powstały ze zdjęć zbieranych na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat, a może nawet od urodzenia. Są tam ślady podróży po całej Europie, Ameryce Północnej i Południowej.

W 1996 roku zdecydowałem sie na pierwszą wystawe. Swoje prace przedstawiłem w Sopocie, Lublinie i w Warszawie. W 1997 po wystawie we Wrocławiu, pod koniec lutego, odbyła się jednodniowa prezentacja moich prac w zakładzie karnym nr 1 we Wrocławiu, w czym pomogło mi Ministerstwo Sprawiedliwości. Dla większości osadzonych, była to pierwsza w życiu wystawa. Później prace pokazywane były w Poznaniu. Po wystawie w Krakowie obrazy pojadą do Sopotu, Szczecina i Warszawy. Pierwsze zagraniczne konfrontacje odbyły się w Pradze, gdzie w kwietniu i maju przedstawiane były w "Palace Akropolis", a przez cały czerwiec eksponowane będą w innej Praskiej galerii "Rock Cafe - Nový Horizont". Otrzymałem również kilka propozycji i zaproszeń do wzięcia udziału w wystawach zagranicznych w przyszłym roku. O tym jeszcze nie mogę powiedzieć, bo to tylko plany, czyli zapisana kartka papieru, którą zawsze można wyrzucić do kosza.

Wcześniej nie wiele osób oglądało moje zdjęcia, ale nadszedł czas, kiedy chcę pokazać to co mi duszę i ciało rozrywa. Teraz możecie mnie rozstrzelać, choć nie jestem wielkim entuzjastą takiego zakończenia, bo to dopiero mój początek.

Dziękuję Państwu za bezinteresowną szczerość, dzięki której możemy uchronić się przed zbędnymi dyskusjami , oraz od konfliktów z nich wynikających.

Ćwiczyć! Uprawiać gimnastykę! Przysiad, zagadka, pompka, pułapka, skłon, paranoja, absurd, skręt tułowia.

Codziennie rano należy uświadomić sobie kilka bzdur, a po południu zakochać się. Nieistotne są pozory, choć to one w większości tworzą naszą rzeczywistość. Kto je tworzy? Skąd się biorą? Nie wiem i nie zamierzam tracić czasu na dochodzenie do tzw. "prawdy". W tym czasie natomiast, szykuję swój atak. To moja odpowiedź na niezadane pytanie, ale przecież sami chętnie zadacie to czy inne pytanie, zwłaszcza gdy znacie na nie odpowiedź. Każda próba uporządkowania świata spotka się z moją zdecydowaną wątpliwością. Gdy tylko zauważam w swoim działaniu jakąś zasadę, natychmiast ją burzę. Aby jednak to nie stało się zasadą, niektóre zasady podtrzymuje przy życiu tak długo jak jest to konieczne, a potem w najbardziej niespodziewanym momencie podrzucam ją komuś w potrzebie. Niektórym zasadom ulegam z przyjemnością, ale tylko dlatego, że kryje się za nimi strach. Zasady karmiące się niepokojem są jak bardzo dojrzałe owoce, pełne słońca, soczyste, słodkie, pachnące, ale w każdej chwili mogą się zepsuć, zgnić, a wbijając zęby w... Dlatego też, z wielką rozkoszą psuję to co się da popsuć i będę tak długo to robił, dopóki inni będą z równie wielką rozkoszą naprawiać. I jedynie taki rodzaj symbiozy jestem w stanie zaakceptować.

"Podróż z Demonem" to niekończąca się opowieść o szczegółach dotyczących mojego pobytu na ziemi. Być może szczegóły te istnieją tylko dzięki tym fotografiom, które jednocześnie są wzajemnie konsekwentne i wewnętrznie ostateczne. Znaczy to, że jestem przekonany o możliwości wspólnego przeżycia wszelkiego rodzaju relacji, pod jedynym warunkiem - obustronnej gotowości. Podróż posiada pewną historię, ale przy jej pomocy nie da się ogarnąć przyszłości, a tym bardziej nie powinna służyć do określania jej celu. Aby uniknąć skutków kolizji należy zapiąć się na ostatni guzik, pomijając całą resztę, okazując tym samym swoją obecność. Wszystko może lub ma się wydarzyć, wydarzyło się już, lub właśnie się dzieje, ma to nawet jakieś znaczenie, a czasem jest kompletnie tego znaczenia pozbawione - dość! - nie wymaga to żadnego planu, ani wysiłku (aż tak dużego przynajmniej).
Po prostu trzeba tam być. W tym właśnie momencie, z tymi właśnie ludźmi, albo właśnie bez nich, w tym właśnie miejscu. Być może właśnie jestem "tam", aby nie być "tu". Być może nie chcę być "tu", ponieważ "tam" jest nieznane. Nie mam zamiaru odkrywać prawdy, a wręcz przeciwnie, proces tworzenia swojej prawdy o nowym zjawisku skraca dystans, którego pokonywanie jest tak przyjemne jak bezsensowne kąpanie się w oceanie emocji. Uciekam jednak nie od prawdy, ale nazw. Czym więcej nazw tym mniejszy staje się świat. Maleje na naszych oczach, a my czekamy bezczynnie, aż zniknie, tak jak wypowiedziane słowo. Nie lubię czekać. Nie stać mnie na to, ponieważ jestem tu tylko na chwilę, krótkim spięciem, fragmentem świadomego swojej funkcji przewodu pokarmowego, czyimś snem, fantazją, która zniknie tak samo szybko jak powstała.

Jestem człowiekiem szczęśliwym, o wyjątkowo małej przydatności społecznej. Zależy mi jedynie na szczerej przyjaźni i miłości opartej na nieracjonalnych pobudkach. Tak jak wszyscy potrzebuję towarzystwa w tej fantastycznej podróży na cmentarz. Dlatego muszę jechać dalej. Do zobaczenia.

Dziękuję Państwu za bezinteresowną szczerość, dzięki której możemy uchronić się przed zbędnymi dyskusjami, oraz od konfliktów z nich wynikających.

Daniel Dyzma Kozakiewicz